Eklerkowa ekspedycja wyszła już dawno. Zbyt dawno, by mieć jeszcze nadzieję na jej powrót. Nikt spośród zgromadzonej dziesiątki nie miał co do tego wątpliwości – kiedy na wiosnę ktoś się dokopie do salonu Ślizgonów, będzie musiał minąć ich zmrożone zwłoki, żeby odkryć, no, więcej zwłok. Zwłoki były nieuniknione, szczególnie kiedy wszystkie mózgi zaczęły o nich myśleć, a to za sprawą nieobecności Lyśki w salonie.
Penny (nadal z globuesm), Soł (nadal głodna), Lori (wcale nie tak zmarznięta), Kit (niezadowolona z tego, że wiosny nie widać, a quidditch czeka), Niewiadoma (niezadowolona, bo nie ma kim nakarmić węży), Mol (zmartwiona, bo a nuż naprawdę ktoś ją zamroduje, a ona nie kupiła jeszcze nowych butów przez sowią pocztę), Sylf (z którą nikt nie chciał grać w makao), Malfoy (nieco obrażony), Rosier (nieco zainteresowany sytuacją – a to było dużo jak na niego) i Dejka (która również myślała o tym, że ktoś może kogoś zamordować, ale nie napawało jej to aż takim przerażeniem) patrzyli na siebie, jakby w oczekiwaniu, które z nich złamie ciszę.
– Siedzimy tu już... – melodramatycznie zaczęła Kit. – Już z dobry kwadrans. A trening?
– Jest za zimno na trening – odważyła się powiedzieć Lori, której przecież wcale a wcale nie było zimno. – Ludzie zamarzają.
– Albo umierają w inny sposób. – Dej pokiwała głową.
– NIKT NIE BĘDZIE UMIERAŁ! – wykrzyknęła Mol, która przypomniała sobie o swoich butach.
– Nawet z głodu? – upewniła się Soł.
– Ani z nudów? – zapytała Sylf.
– Ani... – zaczął Malfoy, ale ostre spojrzenie Penny go uciszyło.
Rosier przyglądał się temu wszystkiemu ze wspomnianym zainteresowaniem. Dawno już nie miał okazji oglądać tak dynamicznego tłumu. Lysia, zajęta przecież zwykle borsukowaniem się pod kanapami lub jedzeniem dzieci, nigdy nie dostarczała mu takich rozrywek.
– Zawsze tyle dramatyzujecie? – zapytał z ciekawości, sięgając po szklaneczkę whisky stojącą na kominku. Ci źli zawsze piją whisky.
– Zwykle – odpowiedziała Niewiadoma. – Gdyby tu byli Gryfoni, byłoby jeszcze gorzej.
Rosier uśmiechnął się uśmiechem prawdziwego sukinkota i już już czuł w ustach smak whisky wymieszanej z kąśliwą uwagą, gdy...
Gdy nagle spurpurowiał i upadł na podłogę.
– AAAAAAAA! TRUP! – krzyknęła Mol, która niewiele o trupach wiedziała.
Penny westchnęła. Nie dość, że męczył ją globus, to jeszcze jej tu mdleć i umierać zaczynali! Wstała i podeszła do Rosiera, badając go z odległości pozwalającej na stwierdzenie, czy żyje.
– Zanieście go do którejś sypiali – powiedziała w końcu.
– A-ale... co z nim? – zapytała niepewnie Soł, wlepiając wzrok w purpurową twarz Rosiera. I pomyśleć, że przez parę sekund rozważała sięgnięcie po whisky!
– Ktoś podał mu eliksir nasenny, co z was za Ślizgoni?
– Od tego się zmienia kolor? – zapytała ze zdziwieniem Sylf. – Nic o tym nie było w książkach. To... niezdrowe – dodała, krzywiąc się lekko.
– Może to dlatego, że był rudy? – spytała Lori, która zawsze była dociekliwa.
– Wtedy powinien zzielenieć, to by wyglądało lepiej. Albo gorzej. – Kit wzruszyła ramionami. Rosier nie był częścią drużyny, więc nie mieścił się w jej zainteresowaniach.
– Ruszycie go czy nie? – Penny się niecierpliwiła.
Rosier został wyniesiony, bo skutki zniecierpliwienia Penny mogłyby być bardziej nieprzyjemne niż kontakt ze spurpurowiałym i nieprzytomnym Rosierem. Wktórce potem w salonie patrzyło po sobie dziewięć osób.
– Ktoś mu dolał ten eliksir do whisky – powiedziała Mol. – Ktoś chciał go zabić!
– Nie histeryzuj, kobieto – warknął Malfoy.
Mol chciała coś odpowiedzieć, ale zdecydowała, że może coś w tym jest i warto zachować histerię na później. Póki co zastanawiała się, co może spożywać, żeby mieć pewność, że nie będzie w tym truci... znaczy się, eliksiru. Nie żeby w obecnej sytuacji Ślizgoni mieli duży wybór w kwestii źródeł pożywienia.
– Myślę, że powinniśmy zachować spokój i czekać na ratunek – powiedziała Soł.
– Ale spróbować się wydostać na własną rękę – dodała Kit, która nie była najlepsza w siedzeniu w jednym miejscu.
– Zagłosujmy?
– Na słodkie oczy Salazara, jesteśmy Ślizgonami, nie wierzymy w demokrację! – przypomniała Niewiadoma.
– Na pohybel Gryfonom! Na pohybel szlamom! – Malfoy zerwał się z fotela i zamachnął tak mocno i z taką pasją, że zawadził łapą o czoło siedzącej koło niego Kit. A że łapy Malfoya były gigantyczne...
Kit zachwiała się i spadła z pufy, na której siedziała, przy okazji trafiając głową w kominek. Pozostałe osiem osób na chwilę zamarło.
– Ty... ty ją zamordowałeś! – krzyknęła Lori.
Malfoy nie odpowiedział, ale patrzył z przerażeniem na Kit, która wcale się nie podnosiła. Był przekonany, że gdyby mogła, to wstałaby w ułamku sekundy, żeby tylko móc go walnąć.
– Alejaniechciałemmamoprzecieżja... – zaczął, ale nie skończył, bo wstrząsnął nim szloch okrutny i niespodziewany.
Wszyscy patrzyli z nieukrywanym niesmakiem na płaczącego Malfoya – jedno dlatego, że uważali do za winnego, drudza zaś po prostu patrzyli z niesmakiem na wszystkich płaczących. W końcu Penny uznała, że ponownie musi wziąć sprawy w swoje ręce.
– Zabrać ją i położyć obok Rosiera. Ofiarami zajmiemy się, kiedy już stąd wyjdziemy – powiedziała.
Jednak zanim ktokolwiek zdążył kogokolwiek wynieść, Malfoy pękł. Pękł może nie dosłownie, może i metyaforycznie, ale i to zrobiło na nich niesamowite wrażenie. Pęknąwszy, wybiegł z pokoju i tyle go widzieli.
– Oddzielił się od grupy – zauważyła Soł. – To nigdy nie jest dobry pomysł.
– Chyba że grupa akurat chce go ukamienować, bo podejrzewa go o morderstwo – uzupełniła Sylf. – Wtedy to bardzo dobry pomysł.
– No dobra, ale nadal jest nas ósemka i musimy coś jeść. Espedycja eklerkowa nie wróci. Mamy jakieś sugestie? – zapytała Niewiadoma.
– I pić! Musimy też pić coś, w czym nie ma eliksirów! – dodała Mol, która najwyraźniej zafiksowała się na tym, co spotkało biednego Rosiera.
– Może jednak najpierw ją wyniesiemy? – Penny znów się niecierpliwiła.
Kit została podniesiona i wyniesiona z pokoju wspólnego, a miny wszystkich zebranych były równie ponure.
– Może powinniśmy dołożyć drewna do komina – zasugerowała Soł.
– Nie mamy już drewna. Dlatego jest tak zimno – przypomniała Dej.
– Może to najwyższy czas porąbać te wspaniałe, drewniane łoża, które na pewno będą się palić przez długi, długi czas? – wysunęła propozycję Lori.
Odpowiedział jej pomruk aprobaty, ale w tym momencie do pomieszczenia wróciły Sylf i Mol, które wynosiły Kit.
– Malfoy pękł – oznajmiła nieco pobladła Mol.
Odpowiedział jej pomruk 'tak, wiemy'. Okazało się jednak, że nic takiego nikt nie wiedział, bo Malfoy pękł bardziej, niż wskazywałby na to stan, w jakim wybiegł z pokoju wspólnego. Zalewając się łzami wpadł na ścianę i w chwili, kiedy wpadły na niego Sylf i Mol, nie nadawał się już do niczego poza przewleczeniem go do pomieszczenia, w którym składowano dotychczasowe ofiary. Nikt nie dopowiadał jednak, czego to były ofiary – pierwsze ofiary zimy, ofiary braku przepisów BHP w Hogwarcie czy też może ofiary... czegoś straszniejszego?
– Ja narąbię tego drewa – zaproponowała Soł, która nie mogła już znieść tej bezczynności. Co, mają tu siedzieć i czekać, aż zamarzną? Czy może aż opuści ich kolejne z nich?
– Jesteś pewna, że powinnaś iść sama? – zapytała Sylf, która przecież parę chwil temu dołączyła do krytyki chodzenia gdzieś samodzielnie.
– Będę przecież tuż obok, nic mi się nie stanie – zapewniła Soł. – Poza tym jest tu tylko nasza siódmka, no i ta omdlała trójka. Kto może mnie skrzywdzić?
Wydawało się to całkie logiczne, kiedy przedstawiła sytuację w ten sposób.
Wydawało się to mniej logiczne, gdy w parę chwil później usłyszeli krzyk, a potem Soł wcale nie wróciła.
– Czyli drewna nie będzie – westchnęła Dej.
– Mamy iść i ją przeciągnąć do pomieszczenia z tamtymi? – zapytała Sylf.
Kto by pomyślał, że kilka nieszczęśliwych (?) wypadków może pozbawić je całych pokładów, empatii, które zwykle w sobie nosiły. Reszta zgromadzonych – na co dzień równie empatyczna – pokiwała smętnie głowami.
– To był tylko wypadek, prawda? – upewniła się Mol, której głos lekko drżał.
Odpowiedziała jej cisza; też już nikt nie był pewien, czy w komnatach Ślizgonów czai się coś złego, czy też nie.
– Musimy to sprawdzić – powiedziała cicho Niewiadoma. Straciła większość animuszu. – W parach. Albo lepiej trójkach.
– W trójkach to będzie trwało wieki – zauważyła Lori.
Kilka osób spojrzało na nią sceptycznie, kilka z aprobatą.
– Musimy podzielić się na trzy dwójki – powiedziała Dej. – Będziemy bezpieczne w dwójkach.
Pozostałe Ślizgonki niechętnie się zgodziły. Przeszukiwanie sypialni przeprowadzane było szybko i z pewną dozą hollywoodzkich gestów, choć Ślizgonki, rzecz jasna, nie zdawały sobie sprawy, że powielają zachowania wielu aktorów kina akcji. Tak więc otwierały drzwi kopniakiem, wbiegały szybko, przywierały do ścian i cały czas nie znajdowały niczego.
– To nie ma sensu – mruknęła Sylf.
– Przynajmniej jeszcze żyjemy – odpowiedziała Dej. – Ej, to co jest?
Sylf trzymała bowiem w ręku jakieś pasiaste zawiniątko. Po chwili rozwiązała sznureczki tego, co okazało się woreczkiem.
– To chyba sztylet – odpowiedziała, przyglądając się rękojeści. – Patrz, to złoty bazyliszek z oczami z...
Niestety, Dej nigdy nie dowiedziała się, z czego były bazyliszkowe oczy, jako że Sylf padła na podłogę. Była spetryfikowana, co do tego nie było żadnych wątpliwości.
– Dziewczyny! TUTAJ! – krzyknęła i już po chwili pozostała czwórka znajdowała się przy jej boku.
– No to klopsiki – powiedziała Lori, ale Niewiadoma szturchnęła ją za to w ramię.
– Nie mów o jedzeniu, bo już i bez tego jesteśmy wystarczająco wygłodniałe.
– Chyba nie chcecie zjeść Sylf, nie? – zatroskała się Mol. – O matko, ktoś nas morduje po to, żeby nas zjeść!
– Ciebie to akurat... – zaczęła Lori, ale Niewiadoma szturchnęła ją jeszcze raz, a że bardzo ceniła sobie niesiniakowatość własnych ramion, zrezygnowała z kończenia.
– Umrzemy – wymamrotała Mol, blada jak ściana. – Umrzemy z głodu, umrzemy z zimna i umrzemy przez to, że ktoś nas zamorduje. Nie mogę zginąć, nie mogę, nie mogęęę!
– Nie umrzemy – oświadczyła stanowczo Penny. – Musimy tylko zdobyć opał i przeszukać te wszystkie sypialnie, na pewno ktoś tu ukrył jedzenia i picie. To wszystko jest zupełnie wykonalne.
– Jesteś pewna, że nie powinnyśmy się po prostu zgromadzić wokół kominka i czekać na pomoc? Jesteśmy kobietami i bohaterkami tej notki, ktoś nas powinien uratować – powiedziała Mol.
– Myślę, że powinnyśmy zorganizować proces – zarządziła Dejka. Wszystkie spojrzały na nią ze zdziwieniem. – No co? Nie chcecie skazać mordercy?
– Ale nie wiemy, kto jest mordercą – zauważyła całkiem przytomnie Lori.
Dejka wzruszyła ramionami.
– No to będzie proces poszlakowy. Nie na takich już ludzi skazywali.
– Głosuję za Molem. Kto głosuje za Molem? – Niewiadoma pierwsza wyczuła, co się święci. Wyczuła, a inne podążyły. Wokół nich wyrósł las – no, zagajniczek – uniesionych rąk.
Mol rozejrzała się wokół z bardzo nieszczęśliwą miną.
– Jak to za mną?! – oburzyła się. – Ja się nie znam na procesach, a jeśli chcecie mnie to skafkować...!
– Dejka poprowadzi, Mol będzie główną oskarżoną, a my, no, będziemy świadczyć.
Dejka pokiwała głową, a na jej ustach wykwitł uśmiech. Wiedziała, że kiedyś jej się przyda wiedza, którą dawno, dawno temu posiadła. Nie miała zamiaru być miła ani korzystać z prawa łaski. Chciała kogoś skazać – obojętne kogo.
– Czy oskarżona ma obrońcę? – zapytała poważnie, poprawiając szkolną szatę tak, by stworzyć wrażenie, że to toga.
– Nie! I jak zaraz nie przestaniesz, to.. to...!
– Do sądu zwraca się 'wysoki sądzie' – zauważyła spokojnie Dejka. Żałowała, że nie ma peruki. Powinna mieć perukę, nawet jeśli zepułoby jej to fryzurę. – I oskarżona nie poprawia swojej sytuacji.
– Ja cię zaraz wysokisądne!
A potem zrobiło się strasznie nieprofesjonalnie, bo nie dość, że nikt nie podjął się obrony oskarżonej (ba, nie było nawet prokuratora!), to wysoki sąd zrezygnował z całej powagi, która przysługiwała mu z urzędu, i palnął Mola w głowę.
To palnięcie, oczywista, wywołało palnięcie odwrotne. Tak to już z palnieciami bywa, moi drodzy.
Palnięcie to wywołało kolejną falę palnięć, które szybko przerodziły się w regularną bójkę. Nie wyglądało na to, że szybko się skończy, więc niedoszli świadkowie również do niej dołączyli, bo wiadomo, że gdzie dwóch się bije, tam trzeci też się bije, żeby nikt nie powiedział, że jest mordercą.
Problem z palnięciami i bójkami jako takimi polega na tym, że kiedy się już kończą, to nikt tak naprawdę nie wie, kto odpowiada za czyje obrażenia.
Grunt, że kiedy już jako tako się od siebie oderwały, to Dejka leżała nieprzytomna na podłodze.
– To nie ja! – krzyknęła Mol, chociaż nikt jeszcze nie zdążył jej o nic oskarżyć. – Ja jej nawet nie dotykałam... no, za bardzo!
Niewiadoma spojrzała po pozostałych dwóch dziewczynach. Ich spojrzenia mówiły dokładnie to samo. Bo jeśli to Mol, czy nie lepiej utwierdzać ją w przekonaniu, że są po jej stronie? Żeby, no, ten, ich też nie capnęła?
Lori skinęła lekko głową, a Penny uśmiechnęła się słabo.
– Takie wypadki się zdarzają. Zanieśmy ją do sali z innymi... wypadkami i się nie przejmujmy – powiedziała.
– Wierzycie mi?
Odpowiedział jej niespecjalnie entuzjastyczny pomruk, który sugerował, że tak, wszyscy jej ufają. Mol się uśmiechnęła.
– Bałam się, że będziecie mnie oskarżać – powiedziała.
– No co ty, kociaczku. – Niewiadoma owinęła ją ramieniem. – Hopnij no tylko ze zwłokami. To nam pokaże, że masz, no, dobre intencje.
Mol chciała zaprotestować, ale w końcu bardzo, bardzo chciała udowodnić, że ma dobre intencje, no bo przecież była niewinna i nie chciała zostać kolejną ofiarą. Nic nie mówiło 'dobre intencje' lepiej niż to. Zgodziła się i jak najszybciej wyciągnęła Dejkę z pokoju.
– To co, ufamy jej?
– Co ty, zgłupiałaś? Chcesz, żeby nas zaciukała? Nawet nie zmruży oka.
– Nooo! I jeszcze nas zje!
– Cicho, durne. Powiedzcie lepiej, co chcecie z tym zrobić.
Zapadła cisza mówiąca więcej niż tysiąc Rafaello.
– Zgadzamy się, że to ona jest mordercą, prawda?
Tym razem rozległy się dwa ciche mruknięcia.
– To w imię ochrony naszego życia powinnyśmy się zaczaić.
– Kiedy będzie się tego najmniej spodziewać?
– Tak. Dokładnie.
– I wykorzystać broń, której będzie się najmniej spodziewać.
– Koniecznie.
– Cicho, wraca.
Mol weszła do pokoju wspólnego i uśmiechnęła się niepewnie. Niczego nie podejrzewała, a do tego była już zmęczona. I głodna. I zimno jej było.
– Może powinnyśmy wszystkie się na chwilę odprężyć? Kąpiel, ciepłe łóżeczko, te sprawy – zasugerowała Niewiadoma.
– W końcu jutro też jest dzień. Powinnyśmy od rana szukać jedzenia – dodała Lori.
– A sen dobrze wpłynie na urodę, w końcu chcemy być piękne, jak nas uratują – dorzuciła Penny.
– I bal! Nie zapominajmy o przygotowaniach do balu!
– Do balu na pewno nas uratują, a jak będziemy na nim wyglądać...!
Na dźwięk słowa bal oczy Mola zaświeciły się niebezpiecznie. Wszystkimi wstrząsnął niechciany dreszcz.
– Skoro bal, to... to pewnie macie rację – powiedziała. – Musimy się odprężyć i zadbać o siebie, nawet jeśli czekamy na ratunek. Idę wziąć kąpiel.
– Czekaj! Muszę ci nastawić wodę! W końcu jestem twoją trenerką, nie? Nie mogę pozwolić, żeby spaliła ci się skóra! – Penny wykazała się aż nazbyt nienaturalnym entuzjazmem.
Mol przez moment przeszło przez myśl, że powinna zaprotestować, w końcu Penny nigdy nie była dla niej taka miła, ale potem zrezygnowała. Wspólne przetrwanie tak groźnej sytuacji najwyraźniej zbliża ludzi.
– Dziękuję, Penny, jesteś wspaniała. – Uśmiechnęła się naprawdę, naprawdę szeroko. – Myślisz, że to zamknięcie bardzo zaburzy naszą dietę? I czy powinnyśmy wrócić od jutra do ćwiczeń w pokoju wpólnym?
– Zastanowimy się nad tym po kąpieli.
– Tak, racja, powinnam się odprężyć, prawda? Mówiłaś, że powinnam się częściej odprężać i mety... medytować, o, właśnie. Nauczysz mnie medytować, Penny?
– Po kąpieli.
– Ale może gdybym się relaksowała i medytowała jednocześnie, to...
– PO KĄPIELI. MILCZ.
Mol zmarkotniała.
– W porządku. Ale obiecaj, Penny!
Jednak kolejne spojrzenie Penny ostatecznie przekonało ją o tym, by nie protestować.
Niewiadoma i Lori westchnęły, kiedy Penny i Mol wyszły. A potem spojrzały na siebie porozumiewawczo.
– Znajdź to... mugolskie urządzenie – powiedziała Niewiadoma. – Musimy to załatwić jak najszybciej.
Jak najszybciej oznaczało – dokładnie w trzy minuty i dwadzieścia trzy sekundy.
Krzyk i było po wszystkim.
– To co teraz, dziewczęta? – spytała Penny.
– Pozbądźmy się tego urządzenia – powiedziała Niewadoma, która nie ufała niczemu, co pochodziło ze świata mugoli. No i napawała ją przerażeniem myśl, że żółciutka, gumowa kaczuszka naszpikowana tym mugolskim czymś, no, prądem, może zabić Ślizgonkę. Nie podobało jej się to ani trochę.
– A zwłoki?
– Najpierw to coś! – zarządziła Niewiadoma. W końcu płynęła w jej żyłach krew Czarnego Pana, musiała być przeciwka takiemu zmugoleniu w domu Salazara. – Potem zwłoki. W końcu pewnie łazienka nam się jeszcze przyda.
Penny westchnęła. Nie dlatego, że miała coś przeciwko oczyszczaniu łazienki ze zwłok – to wspierała w całej rozciągłości – ale zaczęły dokuczać jej wszystkie niewygody związane z ich obecnym położeniem.
– Może spróbujmy rozpalić w kominku, kiedy Lori pozbędzie się tego... gumowego drobiu?
Niewiadoma kiwnęła głową.
Kilka zaklęć później ogień zaczął nieśmiało trzaskać, choć w pokoju wspólnym nadal panował chłód. Penny siedziała przy kominku, starając się szczękać zębami z możliwie największą gracją, a Niewiadoma próbowała zerwać ze ściany starą, na wpół wyliniałą skórę niedźwiedzia.
– Zostaw to – powtórzyła po raz enty Penny.
– Nie, kiedy człowiek owinie się w skórę, to jest mu ciepło.
– Ale ktoś ją przykleił Trwałym Przylepcem, możesz ją tylko podrzeć.
– Uda mi się, zobaczysz!
W końcu do pokoju wróciła Lori i spróbowała pomóc Niewiadomej. Penny straciła zainteresowanie ich wysiłkami i trochę się zdziwiła, kiedy kątem oka dostrzegła Niewadomą owiniętą w niedźwiedzią skórę.
– Mówiłam, że się uda – oświadczyła. – Patrzcie na ten łeb, mogłabym mu włożyć głowę do paszczy!
Faktycznie, udowodniła wszystkim, że mogła.
Powinna była najpierw jednak sprawdzić, czy nikt nie nasączył kłów niedźwiedzia – które przy okazji porządnie drasnęły jej skórę – trucizną. W końcu to Slytherin, czego się spodziewała?
– Czy ona...? – zapytała Lori.
Penny wstała, żeby przyjrzeć się Niewiadomej. Z daleka wiedziała, że kły musiały być wysmarowane trucizną, ale nigdy, absolutnie nigdy nie widziała tak idealnego odcieniu indygo, który teraz pokrywał całą twarz Niewiadomej. Musiała zobaczyć to z bliska.
Kiedy jednak podchodziła do Niewiadomej, poślizgnęła się na jednym z dywaników leżących przed kominkiem. Samo w sobie wydawało się to nie do pomyślenia i Penny niewątpliwie spaliłaby się ze wstydu, że zdarzyło jej się w takim momencie potknąć, ale, niestety, wpadła do kominka i była zbyt zajęta spalaniem się w sposób o wiele mniej metaforyczny, żeby martwić się o wizerunek.
Lori została sama.
Pomyślicie – farciara. Tyle że Lori wiedziała. Wiedza nie ma niczego wspólnego ze szczęściem. Wiedza to potęga.
Ale czy aby na pewno?
Rozejrzała się po pomieszczeniu. Po przypalonej Penny i przytrutej Niewiadomej. A potem sięgnęła po książkę, którą notkę temu siedziała, siedząc na kanapie.
Dziesięcioro murzyniątek figlowało ranną porą...
Wiedziała, co jej pozostało. Sznur i gałąź pod ciężarem zgięta.

rozdział 33. poniedziałek, 22 kwietnia 2013


Lyśka + Miś + Chrome 1366x768 + kilka źródeł, które upchnięto w dziale o FFku



o FFku 1. 2. 3. 4. 5. 6. 7. 8. 9. 10. 11. 12. 13. 14 15. 16. 17. 18. 19. 20. 21. 22. 23. 24. 25. 26. 27. 28. 29. 30. 31. 32.